wtorek, 9 lipca 2013

576 www.zabioreciwszystko.blogspot.com

Zanim wstawię moją debiutancką ocenę, chciałabym się przywitać z załogą Ocen Legilimens i ze wszystkimi czytelnikami bloga. Mam nadzieję, że rozpoczęty dziś staż przejdę pomyślnie i na dłużej zagrzeję wśród Was miejsce. O sobie nie będę ględzić - wszystkich zainteresowanych zapraszam na moją podstronę, gdzie napisałam kilka zdań na ten temat. 
Jestem bardzo otwarta na wszelkie uwagi na temat oceny - wszak dopiero uczę się fachu i cenię sobie każdą radę.


1. Pierwsze wrażenie (3 pkt)

Zdecydowanie nie jest złe, skoro na jego podstawie wybrałam Twój blog do próbnej oceny - wygrałaś walkę o moją uwagę z czterema innymi kandydatami z wolnej kolejki. I właściwie na tym można by zakończyć rozważania nad tą kategorią, bo w pierwszym wrażeniu liczy się przede wszystkim zainteresowanie gościa i zachęcenie go do pozostania na dłużej, a Tobie ten efekt udało się osiągnąć. Znalazłam jednak kilka drobiazgów, którym przydałyby się kosmetyczne poprawki.
Po pierwsze, adres. Tworzący go zlepek wyrazów jest na pierwszy rzut oka nieczytelny. Wzrok większości osób prześlizguje się po takich zbitkach liter i wędruje dalej, bo nie każdemu chce się odszyfrowywać ten chaos. W ten sposób tracisz część potencjalnych czytelników nim jeszcze wejdą na blog.
Po drugie, cytat. Cudzysłów jest, autor jest, jest też magiczne słówko „war”, co mój umysł przekłada na flaki, juchę, brud, smród i przemoc – czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Jak do tej pory dobrze, choć mogłoby być po polsku, bo reszta zawartości bloga (adres, menu i oczywiście treść) jest zapisana w języku naszym ojczystym, a cytat w lengłydżu rujnuje tę spójność. Nic, to – przeboleję, bo przyznam, że to właśnie cytatem mnie kupiłaś, a to się bardzo rzadko zdarza, na belkowe bon moty mam lekką alergię. To chyba dlatego, że większość z nich to pseudofilozoficzny bełkot marki Coelho™. U Ciebie zaś taki powiew świeżości (oraz zapach napalmu o poranku). Zastanowił mnie wielokropek, ponieważ wcale mi nie pasował na końcu tego zdania. Wujek Gugiel przyznał mi rację, a Ciocia Wikipedia też wtrąciła swoje trzy grosze i zaproponowała inną wersję cytatu: „The first casualty, when war comes, is truth”. Wersję kochanej cioteczki potwierdzają też goodreads.com i brainyquote.com, więc chyba coś jest na rzeczy. Sugeruję korektę.
Grafika jest ciemna – coś w czerni i czerwieni – i dość mętna, co zapewne ma oddawać mroczny i ponury klimat Twojego opowiadania. Lubię, gdy szablon pasuje do publikowanego na blogu tekstu i jest jego uzupełnieniem, ale nie lubię ciemnej, niewyraźnej grafiki. Ot i zagwozdka. Gdyby nie obiecywana mi przez cytat rzeź i rąbanka, to w tym momencie bym od ciebie zwiała, bo ta kolorystyka jest zabójcza dla moich biednych, wspomaganych okularami oczu.
Podsumowując, jest w porządku, choć bez rewelacji. Pewne elementy można poprawić, ale żadnych kardynalnych błędów nie znalazłam. Uwagę potencjalnego czytelnika przyciągnęłaś, czyli cel osiągnięty. Nie ma się nad czym rozwodzić – ruszam dalej.

2. Prezencja strony (5 pkt)

Mrużąc ślepia przyglądam się grafice, próbując dojść, co się na niej dzieje. Mam z tym problem, bo – jak wspomniałam - wzrok mi siada, a  tu nie tylko kolorystyka ciemna, ale i obrazki jakieś rozmazane. Ostatecznie doszłam do wniosku, że na nagłówku występują takie elementy: dziewoja jasnowłosa – sztuk jeden, okno spowite podejrzaną poświatą - sztuk jeden, ludzki kadłubek z przytroczoną prawą ręką – sztuk jeden, a także pół twarzy i 1/3 ręki osoby płci niezidentyfikowanej oraz anielskie skrzydło bez pary. Wszystko to utopione w czerwonej mgle i żółtozielonakwej poświacie, co może być subtelną aluzją do przelanej krwi i ran ropiejących z powodu braku właściwej opieki medycznej. Rzeź i rąbanka jest, ale wojna chyba się stąd zmyła, pozostawiając po sobie poszatkowane ciała ofiar.
Rzut oka w stronę pola na posty ostatecznie upewnia mnie, że tekstu nie będę czytać z bloga, ale przekopiuję go sobie do Worda, ponieważ ta maleńka, biała czcionka jest mordercza. Przy okazji zauważam, że data publikacji jest niewidoczna, póki jej nie zaznaczę kursorem – czyżby sprytny sposób na zmylenie ocenialni i ukrycie ewentualnego przeterminowania bloga? Możliwe, bo faktycznie post jest sprzed ponad miesiąca, czyli z kolejki byś wyleciała. Choć zaznaczyłaś w zgłoszeniu, żeby oceniać mimo przeterminowania – oceniam więc dalej.
Ramka zatytułowana „Ważne!”, chyba nie jest taka ważna, bo nie zadbałaś o jej czytelność. Czerwonawe literki na tle czarno-czerwonych maziajów to kolejna trauma dla moich oczu. Tak, wiem, że się powtarzam, ale walka z tak masakrycznie nieczytelnymi szablonami to moja życiowa misja. Poza tym w kolumnie bocznej mamy „Obserwatorów”, co chwalę, bo jest to gadżet ułatwiający wszystkim zainteresowanym śledzenie Twojego opowiadania, oraz statystykę, która mnie osobiście ani ziębi, ani grzeje.
A teraz grande finale, czyli menu i zakładki. Jest ich zatrzęsienie, bo aż siedem, więc przede mną jeszcze trochę zwiedzania nim będę mogła wgryźć się w mięsistą – miejmy nadzieję – tkankę Twego opowiadania. Zobaczmy w takim razie, co upchnęłaś w podstronach.
W niejaką konfuzję wpędziły mnie dwie oddzielne zakładki, zatytułowane odpowiednio „Spis treści” i „Archiwum”. Czym się różni jedno od drugiego? Chwila niepewności i już wiem – archiwum jest na posty informacyjno-organizacyjne. Przejrzałam te ogłoszenia i dochodzę do wniosku, że ich zbieranie jest bez sensu, bo to kwestie jednorazowe typu „nie mam czasu aktualizować” albo „wprowadzam poprawki we wcześniejszych rozdziałach”. Tracą one ważność w momencie, gdy daną sprawę załatwisz, i nie ma potrzeby później do nich wracać. Z kolei na ogłoszenia bardziej permanentnej natury masz wspomnianą już ramkę „Ważne!” na stronie głównej. Dlatego radziłabym archiwum zlikwidować, żeby nie mieć w menu takiej graciarni.
O spisie treści nie mam właściwie co mówić poza tym, że jest i masz w nim porządek, co znacząco ułatwi mi robotę i jest wygodne dla czytelników nie będących z Twoim opowiadaniem na bieżąco. Są też daty, więc sprytne ukrywanie ich na stronie głównej na nic się zdało. I prolog. Prolog widzę! Wiedziałam, że będzie prolog – bez prologu blog nie istnieje. Nie mogłam się powstrzymać przed zerknięciem i, kogutki oskubane, sześć linijek. Serio? To nie moje ostatnie słowo w tym temacie, bądź pewna, tymczasem wracam jednak do szperania w podstronach.
Następna jest zatytułowana „O mnie/o blogu”. Pierwsza część to zbiór kilku informacji o Autorce, z których większość nie ma, jak sądzę, najmniejszego znaczenia dla odbioru tekstu. No chyba że wojna z Twojego opowiadania, będzie prowadzona w celu eksterminacji dzieci i idiotów, wielbicieli pewnego kaznodziei, którego imienia nie wolno wymawiać oraz pedałów (ale nie gejów, bo to inna para kaloszy), a kawaleria będzie szarżować na czołgi nieprzyjaciela w rytm piosenek Sharon i Simone, względnie armie maszerować będą do taktu więziennego hymnu Valjeana. Nie chcę tu wyjść na aspołeczną zołzę, po prostu stwierdzam, że nie weszłam na tego bloga w celu wymiany poglądów społeczno-politycznych i poszerzania horyzontów muzycznych. Ale lubisz czekoladę, krew i tortury, także piąteczka.
Druga część podstrony przybliża nam bloga, czyli wreszcie choć trochę mięcha. W telegraficznym skrócie: współczesna, globalna wojna, nie jakieś tam lokalne przepychanki w Irakach i innych Afganistanach. Wspominasz, czym się inspirowałaś i zastrzegasz, że nie prowadzisz na blogu agitacji wywrotowej. Ok. Tylko taki drobiażdżek – zdarza Ci się przeskakiwać z wypowiedzi pierwszo- na trzecioosobową, np. „W moim opowiadaniu chcę przedstawić jedno z moich wyobrażeń. Niech nikt nie posądza jej o nic […]”. Pojawiają się też powtórzenia, radziłabym więc przeredagować ten tekst.
W linkach masz porządek, choć znalazłam ze dwa, które są zdechłe – przejrzyj je od czasu do czasu i upewnij się, że blog, który linkujesz, wciąż dycha. Poza tym nie mam uwag.
W spamowniku masz za to śmietnik, ale chyba o to chodzi. Nie potępiam, sama mam podobne zakładki u siebie, ale regulamin spamowania nieco mnie ubawił. Moja cyniczna natura obstaje przy stanowisku, że nikt tego cudu nie czyta.
Są wreszcie dwie podstrony, bez których blog mógłby się spokojnie obyć, mianowicie: „Muzyka” i „Nominacje”. Za muzykę nawet dodam Ci punkt. Nie dlatego, że mi się szczególnie spodobała, ale dlatego, że nie zaatakowała mnie rykiem z głośników przy otworzeniu bloga. Miło, że stan bębenków słuchowych oraz nerwów Twoich czytelników leży Ci na sercu. Po zakładce z nominacjami do Liebster Award ledwie prześlizgnęłam się wzrokiem, bo mam awersję do takich łańcuszków wzajemnej adoracji, ale co kto lubi – karać cię za to nie będę.
Uff, prezencja za nami, czas więc na podsumowanie. Pod względem graficznym nie jest najlepiej: ciemno, buro i ponuro, nieczytelnie, i na dłuższą metę męcząco. Gdzieś po drodze natknęłam się na informację, że chcesz temu stanowi rzeczy zaradzić, próbujesz znaleźć szabloniarkę. Sądząc po tym, co zobaczyłam w linkach, chyba Ci się wreszcie udało. Trzymam kciuki, obyś szybko dostała nowy szablon, bo obecny blogowi nie służy. Z menu radzę wyrzucić Archiwum, powinnaś też jeszcze raz uważnie przeczytać i zredagować zakładkę „O mnie/o blogu”, ponieważ pojawiają się tam błędy. Plus za oszczędzenie czytelnikom bliskiego spotkania trzeciego stopnia z Twoją ukochaną muzyką i za brak zakładki z wyczerpującą charakterystyką rybek akwariowych należących do jakiegoś epizodycznego bohatera. Plus również za to, że na stronie głównej panuje jednak porządek, dodatków nie ma znów tak dużo i za kursorem nie lata żadne ustrojstwo. Dostrzegam Twoje dobre chęci, ale na pełną punktację to jednak za mało.
PS  Jeszcze jedna kwestia, którą zauważyłam już podczas czytania opowiadania – formatowanie tekstu jest fatalne. Nie chodzi nawet o takie drobiazgi, jak wyjustowanie czy zachowywanie równego wcięcia we wszystkich akapitach, ale o to, że momentami tekst się rozjeżdża, ni z tego, ni z owego pojawiają się między wyrazami gigantyczne dziury, a czasem połowa zdania jest przerzucona do nowej linijki bez najmniejszego powodu. Popraw to koniecznie, ponieważ ten bajzel jest nie tylko nieestetyczny, ale też bardzo utrudnia lekturę.

3. Treść (17 pkt)

Ha! Wreszcie! Czas dobrać się do mięcha i przeprowadzić operację na żywej tkance tego bloga, czyli na opowiadaniu. Zacieram łapska i przytupuję z niecierpliwości, bo oto wojna, wojna, moi państwo!
Zanim jednak przejdę do spraw zasadniczych, dwa słowa o prologu: SZEŚĆ LINIJEK. Sześć linijek to nie prolog, to notatki na kawiarnianej serwetce. Tak, wiem, że na kawiarnianych serwetkach powstawały bestsellery, ale to nie jest jeden z tych przypadków. Oczywiście nie długość czyni tekst prologiem, ale ma ona spory wpływ na jego charakter. Prolog ma za zadanie wprowadzić czytelnika w klimat i realia utworu, a także zaprezentować wydarzenia mające miejsce przed zawiązaniem akcji – i właśnie tej drugiej funkcji Twój prolog nie spełnia. Zamiast zarysować sytuację, rzucasz w czytelnika kilkoma pytaniami retorycznymi na nutę „Czy wiesz, jak to jest …?” i zaraz dodajesz – „Jasne, że nie wiesz, bo nie byłeś na wojnie.” Tyle. To nie prolog, to blurb, czyli króciutka zachęta do sięgnięcia po dany utwór, umieszczana na tylnej okładce książki – a w realiach blogowych publikowana w katalogach z reklamami opowiadań. Na bloga też to możesz wrzucić, ok., niech czytelnicy wiedzą, w co się pakują. Ale, kurczaczki piórkowane, nie nazywaj tego prologiem.
No, rzekłam. Teraz możemy przejść do konkretów.

a) Opisy i dialogi (2 pkt)

Zacznę nietypowo, niejako od końca, a to dlatego, że moim zdaniem w twoim tekście wszystko sprowadza się do opisów. A raczej do ich braku.
Nie opisujesz wydarzeń, przynajmniej przez większość opowiadania. Coś drgnęło w tej materii w okolicach szóstego, siódmego rozdziału i choć dalej wiele pozostaje do życzenia, to przynajmniej od tego momentu poświęcasz kluczowym zdarzeniom więcej niż dwa zdania. Ale i to niewiele daje, gdy zamiast serwować czytelnikowi konkretne informacje, snujesz mętne dywagacje nie wiadomo o czym. Weźmy drugi akapit dziewiątego rozdziału – co takiego planuje Patrick, że przyprawia to Jane niemal o apopleksję? Wyjaśnij mi, proszę, bo z tego akapitu nijak nie jestem w stanie niczego wywnioskować.  
Bohaterów również nie opisujesz. Ich wyglądowi nie poświęciłaś ani jednego słowa! Wierz mi, nie jestem fanką kilkustronicowej inwentaryzacji ubioru postaci i upoetyzowanych, pensjonarskich zachwytów nad „tęczówkami barwy porannej mgły”, ale kompletny brak opisów jest jeszcze gorszy. W ten sposób czynisz ze swych bohaterów bezcielesne zjawy. Minimalnie lepiej jest z opisem charakterów, ale tylko dlatego, że w porównaniu z nieistniejącymi opisami wyglądu te dwie czy trzy wzmianki to prawdziwy urodzaj.
Nie opisujesz również emocji. To znaczy, owszem, od czasu do czasu nazywasz emocje bohaterów, ale nie robisz niczego, co by te uczucia jakoś przybliżyło czytelnikowi, uplastyczniło je, wywołało w odbiorcy tekstu empatię. Jedynym objawem emocji u Twoich bohaterów jest płacz (non-stop ktoś płacze, szlocha, zalewa się łzami lub jest tego bliski – serio, w każdym rozdziale ktoś pochlipuje!), a czasami oczy tej czy innej postaci przepełnia ból. To trochę za mało, bym czuła się poruszona.
Nie opisujesz także miejsc, w których toczy się akcja, dlatego twoi bezcieleśni bohaterowie są zawieszeni w pozbawionej materii pustce. Nie podajesz nawet tak podstawowych informacji jak nazwa miasta, czy choćby państwa, w którym rozgrywa się opowiadanie, nie nazywasz stron konfliktu. Za to nadużywasz słówka „jakiś” i wszystkich jego form – w pierwszym rozdziale jest akapit, w którym wyraz ten pojawia się cztery razy na przestrzeni kilku zdań, a i w dalszych fragmentach tekstu stosujesz go często.
Opisem czasu również nie zaprzątasz sobie głowy, poza skrupulatnym odnotowywaniem, że bohaterowie zasypiają i się budzą. Przybliżony czas akcji (można sobie wyliczyć rok) podajesz dopiero w szóstym rozdziale! Poza tym – nie tylko w kwestii czasu, ale to jeden z wyraźniejszych przykładów – masz problemy z kolejnością opisów. Zaczynasz opowiadanie od stwierdzenia, że główna bohaterka wypoczywa nad morzem, a dopiero w następnej scenie informujesz, że dzieje się to podczas ferii zimowych. Dlaczego to problem? Ponieważ wypoczynek nad morzem większości ludzi kojarzy się z letnimi wakacjami i w ich wyobraźni wydarzenia zaczynają rozgrywać się w pewnej określonej scenerii, a późniejsza informacja o zimie każe te obrazy skorygować – niektórych czytelników (w tym mnie) konieczność poprawiania tego, co już sobie wyobrazili, poważnie denerwuje. I jeszcze jedno: wspominasz o zimie, ale ani słowa o śniegu, mrozie, oblodzonych chodnikach czy czymkolwiek, co budowałoby plastyczny obraz tej pory roku.
Ta atrofia opisów nie tylko jest obezwładniająca dla wyobraźni czytelnika, ale momentami zwyczajnie uniemożliwia zrozumienie tekstu. Dokładne przykłady podam, omawiając świat przedstawiony.
Dialogów jest wyraźnie więcej niż opisów. Co z tego, skoro są sztywne jak ciało objęte rigor mortis? Twoi bohaterowie nie rozmawiają, oni przerzucają się krótkimi zdaniami i mętnymi sformułowaniami, wchodzą sobie w słowo albo dukają, gdy szok odbierze im mowę. Choćby tu:
„-Mamo, ty nie ...
-Chodź, zjesz coś. - przerwała mi. Miała świadomość o decyzji władz.
-Mamo, a co z naszym rządem? Próbują coś zrobić? Są nabory?
-Przestań!
-Mamo wiesz, że chcę.
-Skończyłaś. Zostajesz tu, gdzieś uciekniesz. Nie wiem. Nie wstąpisz nigdzie.
-I tak to zrobię”. (roz. 2)
Owszem, po zastanowieniu można się domyślić, że Jane rozmawia z matką o chęci wstąpienia do armii, ale czytałoby się to dużo lepiej, gdyby domyślać się nie było trzeba, bo wszystko byłoby jasno wyłożone. Pamiętaj, czytelnik wie tylko tyle, ile mu powiesz – nie siedzi w Twojej głowie i w większości wypadków nie ma ochoty zastanawiać się, „co autor miał na myśli”.
Ponadto w zapisie dialogów nagminnie pojawiają się błędy, np.:
„-Jane, kochanie, co ty mówisz? - pani Halbruck weszła do salonu”. – Narracja po myślniku powinna zaczynać się wielką literą, ponieważ nie dotyczy bezpośrednio sposobu, w jaki dana partia dialogowa była wypowiedziana. (roz. 2)
„-Tak. - odpowiedzieli mi chórem”. – (roz. 2) Jeśli narracja dotyczy sposobu wypowiadania dialogu, zapisuje się ją małą literą (to zrobiłaś poprawnie) i nie stawia w dialogu kropki. Gdyby było to pytanie lub wykrzyknienie, wtedy na końcu dialogu stawia się odpowiedni znak interpunkcyjny, ale narrację nadal pisze się małą literą, np.:
- Tak! – zawołali.
lub:
- Tak? – mruknął powątpiewająco.
„-Nie młody - wysiliłem się na uśmiech - na pewno nam się nic nie stanie”. – Brakuje przecinka po „nie”. Po słowie „uśmiech” również brakuje znaku interpunkcyjnego. Mógłby to być przecinek, bo wypowiedź Patricka tworzy jedno, sensowne zdanie, ale mogłaby też być kropka, a wtedy drugą część dialogu należałoby zapisać z wielkiej litery. (roz. 2)
Niekiedy błędy w zapisie dialogów są na tyle poważne, że utrudniają ich zrozumienie, np.:
„-Nie możesz spać? - zapytałam.
-Myślę o mamie.
-Wiem. Ja też cały czas myślę o swojej.
-Jane, czy będą bardzo cierpiały? - to pytanie zbiło mnie z tropu. Nie wiedzieliśmy gdzie są i co z nimi zrobią.
-Myślę, że nie. - spojrzał na mnie i zauważyłam, że płakał. Podeszłam i […]”. (roz. 3)
Po kolei. Pogrubiona narracja powinna rozpoczynać się z wielkiej litery i wylądować we własnym akapicie, ponieważ nie dotyczy sposobu, w jaki Evan wypowiada dane słowa, a reakcji Jane na nie. I kto wypowiada ostatnią, pogrubioną partię dialogową? Logika podpowiada mi, że Jane – dlaczego więc do jej wypowiedzi doczepiasz opis zachowania Evana? Taki zabieg sugeruje, że to jego słowa, co nie ma najmniejszego sensu. Poza tym fragment narracji od „Podeszłam i […]” powinien być umieszczony w nowym akapicie. Poprawny zapis wyglądałby tak:
- Jane, czy będą bardzo cierpiały? 
To pytanie zbiło mnie z tropu. Nie wiedzieliśmy, gdzie są, i co z nimi zrobią.
- Myślę, że nie – odparłam.
Evan spojrzał na mnie i zauważyłam, że płakał.
Podeszłam i […]
Inny przykład:
„Wpadłem do jego pokoju i szepnąłem:
-Zostań tu - kiwnął głową, wyrażając zrozumienie, […]”. (roz. 4)
Ponownie, do dialogu wypowiadanego przez jednego bohatera, doczepiasz opis zachowania zupełnie innej postaci. Poprawnie:
Wpadłem do jego pokoju i szepnąłem:
- Zostań tu.
Kiwnął głową, wyrażając zrozumienie, […]
Ten błąd powielasz bardzo często i wprowadza on sporo zamieszania, ponieważ sugeruje, że to opisywana osoba wypowiada dane słowa. Zapamiętaj – narracja doczepiona do dialogu powinna dotyczyć osoby, która mówi. Wyjątkiem jest taka sytuacja:
- Uważaj, musimy być cicho. – Usłyszałam szept zza ściany.
Poza tym we wszystkich dialogach nie stosujesz spacji między pierwszym myślnikiem, a resztą tekstu:
„-Gdzie czwarty członek rodziny?”
Prawidłowo:
- [spacja] Gdzie czwarty członek rodziny?
Punktacja wynika z tego, że mimo poważnych niedociągnięć, opisy i dialogi są.

b) Świat Przedstawiony (3 pkt)

Jak już mówiłam, ze względu na niedobór opisów, materialna strona świata, czyli miejsca, w których rozgrywa się akcja, właściwie nie istnieją. Wspominasz na przykład o magazynie, gdzie kryją się ludzie, ale nie opisujesz, jak wygląda, ani jednym słowem, mimo że Kate przebywa w nim przez trzy rozdziały. W dodatku Sandy określa go po prostu jako opuszczony, a Jane i spółka od razu wiedzą, o który magazyn chodzi – czyżby akcja rozgrywała się w jakiejś pipidówce? Bo nawet w średniej wielkości mieście spodziewałabym się więcej niż jednego opuszczonego magazynu.
Ten sam problem – kompletny zanik opisów – dotyczy domów, ulic, lasu (który z tego powodu wydaje się być zlokalizowany w środku miasta i ma bramę wejściową – niezamkniętą) i każdej innej, występującej w opowiadaniu lokalizacji.
Z braku opisów nie jestem nawet w stanie ustalić, gdzie to wszystko się dzieje (miasto?, państwo?, kontynent?, to w ogóle jest Ziemia?), kto z kim walczy i o co – a przecież to kwestie zupełnie podstawowe, gdy mowa o wojnie. Jak mam zrozumieć konflikt, skoro nie mam o nim bladego pojęcia? Jak mam wczuć się w sytuację? Wspominasz na przykład, że wszystko zaczęło się od niepokojów na granicy – jak daleko jest ta granica od nadmorskiej miejscowości, w której wypoczywa Jane, i od jej rodzinnego miasta? Kilka kilometrów – czyli nasza bohaterka musi jak najszybciej uciekać niemal z linii frontu – czy może kilkaset, a wtedy zagrożenie nie jest bezpośrednie. To dla mnie bardzo istotne sprawy i frustruje mnie brak ich omówienia.
Poza tym one wpływają na logikę opowieści. Gdy zaczynasz historię, mamy niepokoje na granicy – osiem godzin później (tyle trwała podróż Jane) jej rodzinne miasto jest już opanowane przez siły wroga. W zależności od tego, jak daleko od granicy ta miejscowość się znajduje, jest to mniej lub bardziej sensowny scenariusz (choć mało prawdopodobny, chyba że miasto się poddało – o czym oczywiście nie wspominasz).
Co z nadmorskim miasteczkiem? Ono też jest okupowane? Jeśli nie, to dlaczego, na miły Bóg, Jane opuszcza względnie bezpieczne miejsce i jedzie do okupowanej strefy? Przecież powinna uciekać w dokładnie przeciwnym kierunku! A może wróg opanował jej miasto w międzyczasie? – wtedy jednak pociąg by zawrócono, bo nikt z odrobiną rozsądku nie pakowałby się prosto w łapy najeźdźcy.
Widzisz, ile wątpliwości powoduje ten brak opisów?
A jeśli już o okupacji mowa, to ze trzy rozdziały musiałam przeczytać, nim się zorientowałam, że ci żołnierze na peronie, to armia wroga, a nie „nasi”. I nie dlatego, że raczyłaś to gdzieś wyjaśnić, ale dlatego, że w innym wypadku nic nie miałoby sensu. Dla ciebie to mogło być oczywiste, ale nie dla czytelnika. Ja na przykład długo byłam przekonana, że ci żołnierze, to „nasze” patrole porządkowe (coś normalnego podczas stanu wojennego) i zachodziłam w głowę, dlaczegóż oni mieliby mordować obywateli własnego kraju. Bo byłam pewna, że to całe zamknięcie miast zarządził „nasz” rząd, żeby spanikowani uciekinierzy nie blokowali dróg, którymi miała się poruszać broniąca kraju armia. Dlatego też uważałam ten rząd za bandę idiotów, którzy mając wojnę na karku, zamiast bić wroga, z bliżej nieokreślonych pobudek zabijają własnych ludzi – jakby im jeszcze buntu i wojny domowej brakowało. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego Jane chce wstąpić do takiej armii. Widzisz, znów nieporozumienia na linii czytelnik-autor (i to jakiego kalibru!) wynikają stąd, że niczego nie opisujesz, więc trzeba to uzupełniać na własną rękę z pomocą swojej wyobraźni – a nikt nie ma obowiązku wyobrażać sobie wszystkiego tak jak Ty; umysł każdego człowieka tworzy własne skojarzenia.
Zbyt długo czekasz z wyjaśnianiem czytelnikom elementów świata przedstawionego. Wspominasz o czymś, nie tłumacząc tego ani trochę, i wracasz do kwestii dużo później, gdy czytelnik zdąży się już sfrustrować lub wymyślić ze trzy własne koncepcje wyjaśniające to, co ty olałaś. Nie na tym polega stopniowanie informacji. Gdy wprowadzasz jakiś element, powinnaś go przynajmniej pobieżnie wyjaśnić na tyle, by logicznie wpasowywał się w to, co do tej pory napisałaś. Później, w miarę postępu akcji i ujawniania kolejnych faktów, ten początkowy obraz może zostać odwrócony o 180 stopni. Nie może jednak być tak, że najpierw o danym elemencie nie wiadomo nic, a gdy wracasz do niego później, nagle go wyjaśniasz. W ten sposób nie budujesz napięcia, ale sprawiasz wrażenie, że tłumaczysz coś, czego wcześniej sobie nie przemyślałaś.
Ponadto, jeśli już o czymkolwiek piszesz, to jesteś w tym strasznie niekonsekwentna. Jest wojna, czy tylko niepokój na granicy? Skąd ta nagła okupacja? Zabijają jeńców czy tylko ich więżą? Narracja jest pierwszoosobowa, a więc przefiltrowana przez umysł konkretnego bohatera, ale w momencie, gdy narratorów jest kilku i plączą się oni w zeznaniach, robi się zamieszanie i już nie wiadomo, co tak naprawdę się dzieje. To nawet ciekawy zabieg literacki, dobrze obrazujący wojenny chaos, ale Ty stosujesz go nieumiejętnie, więc zamiast podnosić wartość tekstu, rujnujesz resztki sensu tej historii.
W dodatku mam wrażenie, że nie zrobiłaś żadnego riserczu, co momentami widać wyraźnie. Porucznik to stopień oficerski średniego szczebla – żołnierz go posiadający jest zwykle zastępcą dowódcy batalionu, a nie na polecenie byle strażnika obezwładnia włóczące się po mieście małolaty. A generał, czyli dowódca całej armii, nie przesłuchuje osobiście smarkatych jeńców, choćby istotnych – od brudnej roboty ma stada podwładnych.
O zawodzie prokuratora też wiesz niewiele. Sugerujesz, że mógłby się na coś przydać obcej armii – niby na co? Szeregowy prokurator rejonowy (a nie piszesz, że ojciec Patricka jest kimś ważniejszym) zajmuje się między innymi ściganiem złodziei, piratów drogowych i ludzi zalegających z alimentami. Co ktoś taki mógłby zaoferować obcemu wojsku? To nie jest osoba z dostępem do strategicznych informacji – to, mówiąc wprost, zwyczajny urzędas. Podobnie z twojego tekstu wynika, że posiadanie przez prokuratora paralizatora do obrony własnej jest czymś oczywistym – tymczasem kwestie posiadania przez obywateli (również prokuratorów) takich urządzeń reguluje prawo. A że nie piszesz, gdzie się Twoje opowiadanie dzieje, nie wiadomo jakie prawo obowiązuje, a więc jaki jest dostęp do takich środków obrony osobistej i czy prokuratorzy są tu jakoś specjalnie uprzywilejowani. Wreszcie dajesz do zrozumienia, że ojciec Patricka, ze względu na pełnioną funkcję, miał jakiś wpływ na wywołanie tej wojny. Prokurator? Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. (Tak, jak nie wiem, co mógłby zrobić w tym kierunku lekarz. Nie wspominasz, żeby którykolwiek z rodziców pracował w jakimkolwiek tajnym ośrodku badawczym produkującym super-żołnierzy, więc mam pełne prawo zakładać, że chodzi Ci o pediatrę.)
Dalej kwestia broni. Nie dość, że nie wiemy, dlaczego jest powszechnie dostępna (a musi być, skoro nie komentujesz w żaden sposób tego, że ma ją zarówno matka Jane jak i ojciec Patricka), to jeszcze nastolatki, które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa mają ją pierwszy raz w dłoniach (nie piszesz, że jest inaczej), umieją się nią posługiwać i niechybnie trafiają do celu. To tak nie działa. Celne strzelanie wymaga czegoś więcej niż tylko wiedzy, że należy pociągnąć za spust. W dodatku dokonujesz cudownego rozmnożenia pistoletów: w jednej scenie Jane ma broń matki, a już w następnej spluwę trzyma w garści również Evan. Skąd ją wziął? I zakładasz – błędnie – że amunicja jest uniwersalna, skoro Jane, posiadająca pistolet matki, zabiera amunicję ojca Patricka, nie sprawdzając czy kaliber będzie pasował.
To samo z fałszywymi dokumentami. Kim jest Sandy, że może je bez problemów (i za darmo!) załatwić w ciągu jednego dnia, a fakt ten nie wzbudza niczyich podejrzeń? Przeciwnie, Jane właśnie tego się po niej spodziewa.
Wykorzystanie schronów przez okupanta również budzi moje wątpliwości. Przestrzeń w schronach jest ograniczona, nie da się tam upchnąć wszystkiego, logiczne więc, że ukrywa się tam to, co najważniejsze – dla armii jest to sztab i kwatery najwyższych dowódców. Nie wyobrażam sobie, by marnotrawiono cenną przestrzeń na przetrzymywanie w niej średnio istotnych więźniów (bo przecież Patrick i Jane to tylko nastolatki – choćby i mieli ważnych rodziców – a nie wysocy urzędnicy państwowi lub wojskowi, mający dostęp do strategicznych informacji).
A bombardowanie? Kto je prowadzi? Wróg, którego armia już opanowała miasto? – kompletny idiotyzm, narażają na śmierć własnych żołnierzy. „Nasi”? – również idiotyzm, mordują własnych obywateli, niszczą własne zaplecze. Jest może jakaś trzecia strona? Nie podajesz żadnej z tych naprawdę podstawowych informacji, mimo że bombardowanie opisujesz czterokrotnie – po jednym razie na każdego głównego bohatera. I czterokrotnie opis sprowadza się właściwie do: „spadały bomby, było dużo huku i ognia, bałem się/uciekałem”.
W dodatku wcale nie czuję, szumnie zapowiadanej w zakładce „O blogu”, globalności tej wojny – do tej pory akcja toczy się praktycznie w jednym mieście, w nie więcej niż dziesięciu lokalizacjach.
Poza tym pojawia się też mnóstwo innych nielogiczności w obrazie świata przedstawionego, o których nie będę się już rozpisywać, a tylko je wymienię: stwierdzenie Sandy, że „niedługo będzie się organizować ruch oporu” nasunęło mi taką myśl: „Jasne, zrobią sobie wydarzenie na fejsie i zaproszą znajomych”; we współczesnym areszcie ściany i podłoga byłby raczej z betonu, a nie z kamienia; czym Patrick opatrywał Jane w celi? – przynieśli im wiadro z wodą, ale nie bandaże; dziecięce ciało jest bardzo drobne, a kule z pistoletu uderzają z dużą siłą – o wiele bardziej prawdopodobne, że przebiłyby Toma na wylot i utkwiły w ścianach, suficie, podłodze lub meblach; skąd róże na grobie Toma? – z ogródka czy z pobliskiej kwiaciarni? (poza tym to taki najbardziej wyświechtany i tandetny symbolizm); skąd Kate wiedziała, że w magazynie opatrywał ją lekarz?; dlaczego nieznajomy kazał jej zwracać się do siebie per „tato”?; skąd w magazynie okienko do wydawania posiłków?
Dobra, kończę tę wyliczankę – jestem pewna, że swoją opinię przedstawiłam wystarczająco czytelnie. Gdybym miała odbierać po jednym punkcie za każdy element świata przedstawionego, którego kreację położyłaś, to skończyłabyś na minusie, dlatego przyznam punkty za to, co zrobiłaś, czyli: punkt za to, że w ogóle wspominasz miejsca akcji (np. magazyn, dom, pociąg, las); punkt za to, że zdradzasz w końcu przybliżony czas akcji; punkt za to, że w dziesiątym rozdziale wreszcie zbliżasz się do wyjawienia czytelnikowi, skąd, do diaska, ta wojna!

c) Bohaterowie (2 pkt)

Tym razem zacznę od uargumentowania punktacji, żeby nie popadać w rutynę. Zasada ta sama, co w poprzedniej kategorii – punktuję to co jest, a nie odbieram za to, czego zabrakło. Czyli: punkt za to, że bohaterowie są i drugi za to, że można ich podzielić na głównych, drugoplanowych, epizodycznych i zbiorowych.
Główni, to oczywiście czworo przyjaciół, których oczyma obserwujemy rozgrywające się wydarzenia. Kim są?
Jane jest bezwolną, zobojętniałą na wszystko mimozą – tyle dowiedziałam się z pierwszego rozdziału, w którym nagle odesłana do domu dziewczyna, choć podejrzewa, że kroi się coś wielkiego, potrzebuje czterech godzin (podczas których nic nie robi), by zdecydować się na sprawdzenie, o co właściwie chodzi. W następnym rozdziale, gdy bez większych emocji przyjmuje porwanie matki przez obce wojsko, choć zakłada, że ją zabiją, ostatecznie zaczynam podejrzewać, że Jane jest w istocie androidem, któremu siadły podzespoły odpowiadające za imitowanie ludzkich zachowań. W dalszych rozdziałach Jane prezentuje się kolejno jako despotka (gdy Sandy proponuje ucieczkę, Jane sama podejmuje decyzję o odmowie, po czym uznaje, że to decyzja całej grupy) i osoba dotknięta kompleksem zbawiciela (myśli wyłącznie o innych, jest gotowa bez wahania się za nich poświęcić). Jej działania prowadzą do rozbicia grupy, skazują ją i Patricka na więzienie, pośrednio doprowadzają do pojmania Kate i samotnej tułaczki Evana po lesie. Nie sposób się z nią utożsamić, bo w żadnej sytuacji nie reaguje jak typowy człowiek – jednym słowem klasyczna Merysójka.
Drugą postacią żeńską jest Kate, która na zmianę bywa kompletną suką i źródłem Elementu Komicznego. Suką jest wobec Jane – i to nawet niezły pomysł, by Kate obwiniała starszą dziewczynę o stratę matki. Problem w uwiarygodnieniu takiego podejścia. Czytelnik wie, że to całkiem bezsensowne (Jane nie zrobiła nic złego, przeciwnie, próbowała pomóc i częściowo jej się udało) i póki nie uwiarygodnisz w jego oczach postawy Kate, będzie ona wychodziła na najczarniejszy charakter tego opowiadania. Serio, jej postawa wzbudza we mnie więcej niechęci niż zachowanie tych wszystkich Psychopatycznych Żołnierzy. A momenty, w których jest źródłem Elementu Komicznego (np. gdy żartuje na temat ślubu Jane i Evana) zamiast ocieplić jej wizerunek, robią z niej szczyla z kompletnym brakiem wyczucia czasu.  Jane uważa ją za zaradną, ale to ewidentnie bzdura, skoro w ciągu najwyżej kilku godzin od porzucenia brata Kate zostaje ranna i daje się zamknąć w magazynie (bo ufa niewłaściwym ludziom).
Cała charakterystyka Evana opiera się wyłącznie na jego relacjach z innymi. Do ojca ma żal, że zginął, Kate kocha, ale nie na tyle, by choć raz jej wysłuchać i potraktować poważnie, a cały sens jego istnienia sprowadza się do bycia truloffem Jane i biadolenia, że chciałby ją uratować, ale nie wie jak.
O Patricku mogę powiedzieć tylko tyle, że też jest androidem (w ciągu kilku godzin otrząsnął się po tym, jak był świadkiem zamordowania całej swej rodziny) i ma kompleks zbawiciela ukierunkowany na Jane (chce się poświęcić, by ją ratować). Aha, był bity przez ojca. Właściwie to obaj chłopcy są na tyle nieokreśleni, że pisząc ocenę kilkukrotnie zdarzyło mi się ich pomylić.
Poza tym wiek bohaterów ujawniasz dopiero w czwartym rozdziale, czyli zdecydowanie za późno – do tej pory zdążyłam już przyjąć za pewnik, że to banda gimnazjalistów.
Bohaterką drugoplanową jest Sandy, koleżanka mamy Jane i wstrętna kolaborantka. Problem w tym, że ta jej kolaboracja z wrogiem opisana jest kompletnie niewiarygodnie. Po pierwsze, już trzeciego dnia od rozpoczęcia wojny organizuje zakrojoną na szeroką skalę operację wsypywania mieszkańców miasta – moim zdaniem trochę za szybko za równo na to, by Sandy zmieniła strony jak i na to, by wróg zaufał jej na tyle, żeby powierzyć jej tak duży „projekt”. Jeszcze mniej przekonujące jest to, jak pozostali orientują się w jej podwójnej grze. Podejrzeń (które pojawiają się zupełnie nagle, podczas gdy wcześniej wszyscy ufają Sandy i szukają u niej pomocy) nie wzbudzają fałszywki, ale to, że reakcje Sandy są nieszczere emocjonalnie. Wybacz, ja tego nie kupuję.
Bohaterowie epizodyczni to oczywiście pomordowani/porwani członkowie rodzin głównych bohaterów. Mamy więc pozbawioną osobowości matkę Jane, równie pozbawione osobowości matki Evana i Kate oraz Patricka, sadystycznego ojca Patricka (oraz nieżyjącego ojca Evana, a także tajemniczo nieistniejącego ojca Jane) i pięcioletniego Toma. Jedynym sensem istnienia ich wszystkich jest bycie źródłem pięciominutowej traumy dla głównych bohaterów.
Bohaterem zbiorowym jest najeźdźcza armia, przy czym zaliczam tu nie tylko bezimiennych żołnierzy kręcących się po ulicach, ale również generała Dragha (który przy pierwszym spotkaniu jest byle strażnikiem na ulicy) i jego poruczników-pomagierów. Wszyscy oni, jak jeden mąż, są Sadystami z Psychopatycznym Uśmiechem i to w najbardziej kiczowaty, zupełnie sztampowy sposób. Zachowują się jak okrutne dzieciaki, które bawi wyrywanie skrzydełek muchom i podpalanie kocich ogonów. Po pierwsze, to wtórne, przewidywalne i nudne. Po drugie, strasznie nieprawdopodobne. Jeśli koniecznie chcesz mieć w opowiadaniu takiego bohatera – choć, jak już wspomniałam, to postać do cna wyświechtana i bez polotu – to uwierz, że jeden wystarczyłby w zupełności. Cała armia takich typków nie jest przerażająca, ale śmieszna. Nie mam pojęcia jak ta zgraja zapitych durniów była w stanie w ciągu ośmiu godzin opanować miasto (a może nawet cały kraj).

d) Fabuła (10 pkt)

Z tą kategorią miałam największe problemy, ponieważ z jednej strony w opowiadaniu nie brakuje wydarzeń, a z drugiej – nie dzieje się nic. Stąd punktacja, która jest wypadkową tego, że dostrzegam zalążki potencjalnie ciekawych sytuacji i zwrotów akcji, ale są to elementy tragicznie niedopracowane i niewykorzystane.
A teraz konkrety.
Zawiązanie akcji, czyli kluczowy element fabuły, który decyduje o tym czy zdobędziesz, czy też zniechęcisz czytelników, załatwiasz w dwóch zdaniach. Ciocia mówi Jane, że jest wojna, a potem każe jej się pakować. To o wiele za mało. Reszta rozdziału pierwszego to fabularna wata bez najmniejszej wartości – pakowanie, jazda na dworzec, podróż pociągiem. Przez to, że opisane są zdawkowo, w żaden sposób nie służą przedstawieniu świata i bohaterów, a z punktu widzenia rozwoju akcji nie dzieje się tam nic istotnego. Część Evana to właściwie powtórka z rozrywki, tyle że w innej obsadzie (plus bezcelowy spacer, czyli kolejny zapychacz).
Dalsze rozdziały są podobne. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale żadnemu nie poświęcasz uwagi, więc i czytelnik tego nie robi. Akcja mknie od niemal-aresztowania na peronie, po powrót do domu, aresztowanie matki, sprint do Evana, aresztowanie jego matki, potem krótka przerwa na (anty)klimatyczne rozmowy i sen, i rzeźnia w domu Patricka.
Od tego momentu tempo zwalnia, dzieciaki siedzą u Jane, gadają o bzdurach (co miała wnieść opowiastka Jane o wakacjach z siostrą? – to tylko bezsensowny zapychacz), wpada Sandy z podrobionymi dokumentami. Dzieciarni szybko się jednak nudzi, a że są „osobami, które potrzebowały kontaktu z innymi” (cytat z rozdziału piątego), postanawiają wyjść na spacer. Po mieście okupowanym przez obcą armię, gdzie żołnierze patrolują każdą uliczkę. Bezsens i absurd tego zwrotu akcji jest gargantuiczny!
Kończy się ta wyprawa w sposób przewidywalny: Jane i Patrick w więzieniu, Evan i Kate szybko się rozdzielają, Kate ładuje się w tarapaty, a Evan koczuje w lesie. W międzyczasie jest bombardowanie.
A, Patrick i Jane są torturowani. Niestety, zamiast być wstrząśnięta ich losem, jestem znudzona, bo ileż można czytać podobne do siebie opisy bicia, rażenia prądem, krwawienia z licznych ran i lądowania z powrotem w celi. Są też obowiązkowe tortury z podtekstem seksualnym, a na deser wyrywanie paznokci. Nie wiem, czy oglądałaś najnowszy sezon „Gry o Tron”, ale mi ten fragment Twojego opowiadania przypominał sposób, w jaki scenarzyści poprowadzili w serialu wątek Theona – orgia okrucieństwa dla samego okrucieństwa. Dla wywarcia na czytelniku odpowiedniego wrażenia wystarczyłaby w zupełności jedna scena tortur, każda następna to po prostu epatowanie sadyzmem.
Wydaje się, że jak na dziesięć rozdziałów, nie przeładowałaś fabuły nadmiarem zdarzeń – ale te dziesięć rozdziałów, to niecałe 80 tysięcy znaków, czyli około 40 stron standardową czcionką w Wordzie. Dla porównania „Harry Potter i Komnata Tajemnic”, książka nie porywająca objętością, (nieco ponad 200 stron) to ponad 400 tysięcy znaków – pięć razy więcej.
Wnioski z tego dwa. Pierwszy – produkujesz bardzo krótkie rozdzialiki. Drugi – próbujesz w te krótkie rozdzialiki wcisnąć dużo akcji i w efekcie żadnego wydarzenia nie opisujesz dokładnie. Skutek jest taki, że kolejne sceny śmigają czytelnikowi przed oczami, ale ma za mało czasu, by je porządnie przeżyć i wczuć się w sytuację bohaterów. Gdybym miała podsumować, co sądzę o dotychczasowym rozwoju akcji, posłużyłabym się cytatem z Evana: „Jane, ale o co chodzi? To tylko wojna”. Chyba nie taką reakcję chciałaś w czytelniku wywołać.
Kolejnym gwoździem do trumny fabuły Twego opowiadania jest tendencja do pokazywania jednego zdarzenia z perspektywy kilku bohaterów. Wszystko byłoby w porządku – bo sam zabieg stylistyczny zły nie jest – gdybyś wraz z każdą nową perspektywą dorzucała istotne fabularnie informacje. Tymczasem u Ciebie te sceny są niemal identyczne, posuwasz się wręcz do przepisywania całych dialogów. Zmuszasz więc czytelników do czytania dwukrotnie tego samego, a to koszmarnie nużące.
Ale nie to jest największym problemem fabuły, a fakt, że nadal nie wiadomo, dokąd ona zmierza. Zaczynam wręcz podejrzewać, że nie zmierza nigdzie, a po prostu wije się bez celu i skręca akurat tam, gdzie w danym momencie masz ochotę powędrować. Wydarzenia, owszem, łączą się w ciąg przyczynowo-skutkowy, nie wygląda jednak na to, by ten ciąg miał gdzieś prowadzić.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Co pewien czas serwujesz czytelnikom Element Komiczny – zamiast rozśmieszać, czy rozładowywać napięcie, tylko mnie tym zirytowałaś, bo moment zawsze wybierasz fatalny. Jane nawet raz nazywa sytuację po imieniu: wygłupy. Wygłupy te mają na przykład miejsce w celi, kiedy Jane i Patrick, pojmani przez obcą armię, wciąż nie wiedzą, jaki los czeka ich w niewoli. To naprawdę nie jest śmieszne – co najwyżej wywołuje niesmak.

4. Poprawność językowa (7 pkt)

Wielu oceniających w tym podpunkcie po prostu wypisuje (wszystkie?) błędy znalezione w tekście, ale moim zdaniem taka gruntowna korekta to robota dla bety. Poza tym Ty nagminnie popełniasz te same błędy, dlatego wypisywanie kolejno wszystkich przykładów byłoby bezsensowne. Zamiast tego wskażę Ci ich typy i postaram się wytłumaczyć zasady rządzące językiem polskim, zaś odnalezienie wszystkich błędów i ich poprawę zostawię Tobie. Nie ukrywam, że sporo przed Tobą roboty, bo hojnie sypiesz bykami.

a) Ortografia

Masz z nią pewne problemy, choć nie jest tragicznie. Tym niemniej kilka ortografów w tekście znalazłam, np.:
„-Słucham? - nie zdąrzyłam jej odpowiedzieć […]”. (roz. 2) – Powinno być „ż”.
„- Chcą nas wywieść!” (roz. 2) W kontekście, w jakim pada to zdanie, powinno być „wywieźć”.
„Z tego nie ma prawa wyniknąć nic prócz zła. wybuch wojny przekreślił moje plany na przyszłość […]”. (roz. 3) – Oczywiście po kropce zaczynamy nowe zdanie wielką literą.
„[…] wiedzy zdobytej w danej chwili z internetu”. (roz. 7) – „Internet”, o czym wielu internautów nie pamięta, to nazwa własna, którą zawsze piszemy wielką literą.
„-Jestem gen. Dragh […]”(roz. 7) – W tekście literackim co do zasady nie używa się skrótów. A już z pewnością nie występują one w dialogach, bo wygląda to dość absurdalnie – przecież ludzie tak nie mówią, to wyłącznie forma zapisu pewnych słów.
Pojawia się też trochę literówek, np.:
„-Bądź to jak najszybciej”. (roz. 1) – tu
„[…] wtedy jej oczu popłynęły łzy”. (roz. 4) – Zgubiłaś „z” po „wtedy”.
„[…] kapałyśmy się, próbowałyśmy przeskoczyć fale”. (roz. 4) – Brakuje ogonka, więc jest „a” tam, gdzie powinno być „ą”.
„Miałam nadzieję, że żyję”. (roz. 7) – Tu z kolei ogonek jest nadprogramowy, co sprawia, że całe zdanie traci sens.

b) Interpunkcja

Z tym jest znacznie gorzej. Przecinki gubisz regularnie, np. tu:
„Prędko zdjęłam płaszcz i buty i weszłam do salonu”. (roz. 1) – Jeśli w zdaniu występuje więcej niż jeden spójnik „i”, to przed drugim i każdym kolejnym stawiamy przecinek, a tutaj go zabrakło.
„Biegłam najszybciej jak mogłam”. (roz. 2) – Przed „jak” powinien stać przecinek, oddzielający zdanie główne od podrzędnego.
„Gdy zaprowadziłem go tam, gdzie chciał i otworzyłem drzwi jak nakazał, wszedł i ukucnął przy moim bracie”. (roz. 4) – Tu zgubiłaś dwa przecinki: po „chciał”, domykający wtrącenie (dlatego powinien tam stać, mimo że zwykle przed „i” go nie ma), a także przed „jak”, oddzielający początek kolejnego wtrącenia.
„-Oszalałaś? Evan powiedz jej, że też idę”. (roz. 4) – Brakuje przecinka po „Evan”, oddzielającego mianownik w funkcji wołacza (lub wołacz) od reszty zdania. Jest to jeden z najczęściej powielanych przez Ciebie błędów.
Czasem, dla odmiany, stawiasz przecinki tam, gdzie są zbędne:
„Pewnie przyjadą po tatę dziś, albo jutro, a może nawet wcale”. (roz. 2) – Przecinek przed „albo” występuje wyłącznie w konstrukcji „albo A, albo B”, zasadą zaś jest jego brak. Poza tym sensowność tego zdania jest dyskusyjna – dużo lepiej byłoby, gdyby kończyło się po słowie „jutro”.
„Po przemyciu, było trochę lepiej, ale i tak wyglądała okropnie”. (roz. 7) – Pierwszy przecinek jest niepotrzebny.
Z kropkami jest lepiej, chociaż niekiedy stawiasz je tam, gdzie ich nie powinno być:
„-Proszę, wróć szybko do domu. - odezwała się moja mama”. (roz. 1) – Kropka przed myślnikiem jest zbędna. 
Bywa też, że wstawiasz niewłaściwy znak interpunkcyjny, np.:
„-Jane, ale o co chodzi. (roz. 2)  – Zamiast kropki powinien być znak zapytania.
„-Kate zrozum. Zabrali ją. Inaczej by tu była”. (roz. 2) – Zamiast pierwszej kropki powinien być przecinek, zgubiłaś też ten, który miał stać przed „zrozum”.
„Co z tego, że i ona straciła matkę.(roz. 3) – Ponownie kropka zamiast znaku zapytania.
Ale tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest złożony problem z pogranicza interpunkcji, składni i stylu. Spójrzmy na ten akapit:
Mówili też coś o armii. Pewnie ona mówiła, że chce do niej wstąpić. Byłby spokój. Mogła to zrobić. Potem jednak zaprzeczyła, co jeszcze bardziej mnie rozzłościło. Stwierdziła, że muszą po prostu ratować tamtego. W takim razie musiałam działać. Postanowiłam być dla nich miła. Myślałam, że wezmą mnie ze sobą i mój plan by się udał. Z taką nadzieją usnęłam”. (roz. 3) – To nie tekst, to rąbanka. Takich posiekanych na krótkie, pojedyncze zdania fragmentów jest w tekście dużo i czyta się je fatalnie, ponieważ mają okropny, szarpany rytm. Oczywiście nie zalecam pisania wyłącznie zdaniami wielokrotnie złożonymi, bo to przegięcie w drugą stronę. Musisz znaleźć złoty środek, pamiętając, że najlepiej czyta się tekst, w którym występują zdania o różnorodnej długości i że do w dynamicznych scenach akcji sprawdzają się krótkie zdania, a do statycznych opisów (np. przemyśleń) pasują zdania dłuższe i rozbudowane.

c) Składnia

Przede wszystkim przez nieprawidłową składnię zdarza Ci się zmienić lub zgubić podmiot. W tym zdaniu robisz jedno i drugie:
„W końcu podszedł do nas jakiś strażnik i każdego po kolei wypytywał o miasto, z którego pochodził, po czym ustawili nas w dwóch grupach”. (roz. 2) – Czyżby strażnik zapomniał, jakie jest jego rodzinne miasto, skoro pytał o to ludzi na peronie? I jacy oni ustawili pasażerów w dwóch grupach, skoro jeszcze chwilę wcześniej strażnik występował w liczbie pojedynczej?
Tu z kolei, nadużywając w dodatku zaimków, plączesz składnię tak dokumentnie, że z samego zdania nijak nie da się wyczytać, o co ci chodzi, a do rozwiązania tej łamigłówki niezbędna jest wiedza z wcześniejszych fragmentów tekstu:
„Evan był moim najlepszym przyjacielem. Właściwie miałam ich dwóch - jego i Patricka, ale ten drugi pochodził z mojego miasta, a cała rodzina tamtego przyjechała z drugiego końca kraju, gdy ten miał 5 lat, po śmierci jego ojca”. (roz. 2) – Zdanie do remontu. Zrozumiałam je wyłącznie dlatego, że wcześniej dokładnie wyłożyłaś sytuację rodzinno-mieszkaniową Evana.
Bywa też, że używasz zaimka, który odnosi się do podmiotu wspomnianego nie zdanie czy nawet akapit, ale całą scenę wcześniej:
„Stwierdziła, że muszą po prostu ratować tamtego”. (roz. 3) – W całym akapicie nie ma ani jednego słowa, do którego mógłby odnosić się ten zaimek. Dopiero po chwili doszłam to tego, że masz na myśli Patricka, o którym Jane i Evan dyskutowali w poprzedniej scenie.
Generalnie, cierpisz na zaimkozę pospolitą. Symptomy? Produkcja takich zdań:
Tam oni siedzieli przy jego ciele”. (roz. 4) – Widzisz, o co mi chodzi, prawda?
Poza tym mieszasz wyrażenia przyimkowe:
„Wspomnienia nigdy nie przyprawiały mnie w radosny nastrój […]”. (roz. 1) – „Przyprawiać o” lub „wprawiać w”, ale z wyrazem „nastrój” poprawnie łączy się tylko drugi wariant.
Popełniasz też błędy w zakresie związku rządu, czyli dopasowania rzeczownika w odpowiednim przypadku do „rządzącego” nim czasownika lub innego rzeczownika, np.:
„Miała świadomość o decyzji władz”. (roz. 2) – „Świadomość” wymaga rzeczownika w dopełniaczu, a nie w miejscowniku, dlatego prawidłowo będzie „świadomość decyzji”.
Masz również pewne problemy z ustaleniem prawidłowego szyku w zdaniu:
„Leżały nietknięte na szczęście”. (roz. 6) – Powinno być: „Na szczęście leżały nietknięte.”

d) Fleksja

„Byłem ciekawy co się działo z Kate i Evan […]”. (roz. 2) – Męskie imiona obcojęzyczne odmieniają się dużo częściej niż imiona żeńskie, a już z pewnością wtedy, gdy w braku odmiany właśnie za żeńskie mogą być wzięte (Evan to jedno ze zdrobnień od Evangeline). Dlatego w tym wypadku bezwzględnie powinno być „Evanem”.
„[…] dookoła roznosił się smród wilgoci, fekalii, chyba krwi”. (roz. 6) – Prawidłowa odmiana to „fekaliów”.

e) Leksyka

To kolejna kwestia, z którą nie masz większych problemów, ale zdarza Ci się okazjonalne potknięcie, np.:
„-Mamo, a co z naszym rządem? Próbują coś zrobić? Są nabory?” (roz. 2) – Chodzi Ci o pobór do wojska.
„Nie zważyłyśmy na upływający czas […]”. (roz. 4) – Prawidłowo: „nie zważałyśmy”.
Partyzantka się pewnie nie organizowała. Ruch oporu też”. (roz. 7) – Partyzantka i ruch oporu to z grubsza synonimy, dlatego te dwa zdania to masło maślane.

f) Styl

Twój tekst toczy plaga powtórzeń, np.:
W końcu skończyła i […]”. – Po prostu „Skończyła i […]” (roz. 1)
„[…]to było chyba moje najgorsze kłamstwo, ale młody chyba w nie uwierzył”. (roz. 2)
Mówili też coś o armii. Pewnie ona mówiła […]”. (roz. 3)
„Przyjaciel za to klęknął przy nim i próbował go ocucić, chociaż wiedział, że to nic nie da. Gdy zaczął płakać uklęknęłam przy nim i złapałam go za rękę”. (roz. 4)
„-W takim razie dajcie mi swoje zdjęcia - daliśmy jej nasze zdjęcia”. (roz. 4) – Poza podwójnym powtórzeniem, jest to przykład błędnie zapisanego dialogu.
„Stałem w miejscu, tępo wpatrując się w miejsce […]”. (roz. 5)
„[…] widziałam ból w jego oczach. Starałam się nie okazywać bólu […]”. (roz. 7)
„[…] nie myślcie sobie, że będziecie ją dostawać od tak sobie”. (roz. 7)
Na poradzenie sobie z powtórzeniami jest bardzo prosty sposób – należy tekst przeczytać na głos (na inne błędy, szczególnie składniowe, też pomaga). Gwarantuję, że usłyszysz je wszystkie. A później już tylko słownik synonimów, względnie chwila główkowania nad szykiem zdania.
Używasz prostego języka, zdarza się też, że posługujesz się wyrażeniami potocznymi, które w tekście literackim mają status błędów stylistycznych, np. tu:
„[…] niby proste pytanie, a mnie zagięło”. (roz. 5)
Zwykle moją uwagę zwraca zbytnia „poetyckość” i używanie wydumanych zwrotów, co wielu początkujących autorów myli z bogactwem językowym, ale u Ciebie jest dokładnie na odwrót – do bólu wręcz zwyczajnie. Chyba że znienacka siekniesz archaizmem, jak tu:
„-Proszę, […] - wyszeptała moja rodzicielka”. (roz. 2) – Ta „rodzicielka” pasuje do na wskroś współczesnego klimatu opowiadania jak pięść do nosa.  I żadnym wytłumaczeniem nie jest ewentualna możliwość, że Ty tak mówisz. To nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ poprawność jest wyznaczana przez normę językową, a nie przez nawyki autora.
Krótkie podsumowanie strony językowej: gdybym miała przyznawać punkty w tej kategorii kierując się wyłącznie ilością błędów, zapewne odebrałabym ich jeszcze kilka. Ale w Twoim wypadku byłoby to niesprawiedliwe karanie wielokrotnie za to samo, bo, jak już wspominałam, w zasadzie powielasz kilka typów błędów, a pozostałe – np. ortograficzne, fleksyjne czy leksykalne – to jednostkowe potknięcia. Zdecydowanie musisz popracować nad interpunkcją, składnią i stylistyką – szczególnie nad unikaniem powtórzeń i poszerzeniem słownictwa, które póki co jest dość ubogie. Radzę zawrzeć bliższą znajomość ze słownikiem synonimów i antonimów oraz słownikiem interpunkcyjnym ( jest i taki) lub zapoznać z zawartością stron internetowych (szczególnie zalecam prosteprzecinki.pl) Zatrudnienie bety z pewnością też by nie zaszkodziło.

5. Oryginalność (3 pkt)

Nie można Twojemu opowiadaniu odmówić pewnej oryginalności. Na tle popularnej, blogowej twórczości, czyli romansideł spod znaku Dramione, względnie historii nastolatek zadurzonych w tym czy innym idolu, wypadasz naprawdę dobrze.
Ale gdy wyjdziemy poza blogowe poletko, natychmiast widać, że wojna to jeden z  najczęściej eksploatowanych przez literaturę tematów, powracający w twórczości każdej epoki i serwowany na wiele sposobów: jest literatura faktu (reportaże, opracowania naukowe), jest literatura piękna na faktach bazująca, jak i liczne utwory zupełnie fikcyjne; jest wojna w przeszłości, współczesności, przyszłości, a nawet wojna w światach równoległych; jest wojna domowa i wojna globalna; jest wojna z perspektywy zwycięzców i pokonanych, obrońców i agresorów, walczących za słuszną sprawę i gwałcących pokój w imię zbrodniczych celów. Czy w takim wypadku w ogóle można mówić o oryginalności?
Owszem, przecież zawsze da się ująć temat w świeży sposób lub zaproponować nową wizję wydarzeń. Jak to jest u ciebie? „Zamknięcie miast” wydaje się być Twoim autorskim, zupełnie własnym pomysłem na wojenną taktykę. Tyle, że jeśli przyjrzeć się temu bliżej, sprowadza się do aresztowania i potencjalnej eksterminacji pewnych grup ludzi – a więc nic nowego.
Poza tym nie całkiem rozumiem sens tego posunięcia. W rozdziale dziesiątym zdajesz się tłumaczyć „zamknięcie miast” chęcią pojmania pewnych ludzi, ale po cóż robić to tak na około? Naziści i komuniści nie mieli problemów z wyłapaniem polskiej inteligencji czy członków AK bez uciekania się do tak pracochłonnych i nieekonomicznych metod. W końcu ile osób chce ta Twoja wroga armia wyłapać? Zakładając, że więcej niż tylko rodziny głównych bohaterów, to ile to może ich być w jednym mieście: kilkaset?, kilka tysięcy? A pomyśl sobie, ile osób pochodzących z innych miast, ale nie mających potencjalnie nic wspólnego z wywołaniem wojny mieszka w takiej Warszawie. Albo w Nowym Yorku. Dziesiątki tysięcy lub miliony. I ich wszystkich trzeba wyłapać, a potem spośród nich odławiać tych, o których tak naprawdę chodzi. A przecież niektórzy „winni” mogą być rodowitymi mieszkańcami miasta, w którym prowadzi się obławę – co z nimi? Widzisz więc, że Twoja koncepcja nie jest do końca przemyślana. Czy taką chybioną oryginalność mam punktować?
To może choć wniosłaś jakieś nowe spojrzenie na wojnę, nieco świeżych przemyśleń? Też nie. Da się je sprowadzić do stwierdzenia, że wojna jest okrutna, zła i bezsensowna – truizmy czystej wody.
Punkty w tej kategorii przyznaję więc za dobre chęci.

6. Podsumowanie

Zabierałam się do tej oceny z prawdziwym entuzjazmem, bo wydawało mi się, że ta historia ma wszystko, co potrzebne, by podbić moje serce: tematykę – jak na blogowe opowiadanie –  świeżą i niewyeksploatowaną, pomysł autorski (choć czytam fanfiki i niczego im nie ujmuję, to utwór własny zawsze jest mi milszy), a klimat bardzo mi odpowiadający, bo lubię wojenne filmy i seriale, czytuję zarówno literaturę faktu jak i historie całkowicie fikcyjne. Słowem, byłam pewna, że będę miała co chwalić.
Wyszło inaczej, ponieważ – co tu kryć – opowiadanie jest słabe. Dlaczego, to już wyłożyłam. Ale kiedy przyszło do wystawienia całościowej oceny, podliczyłam punkty i okazało się, że masz ich 35 – to górna granica Trolla. Moim zdaniem taka ocena nie oddaje jednak tego, co sądzę o Twojej twórczości, dlatego dorzucam jeden punkt za odwagę w kreowaniu własnego tekstu i pójście pod prąd obecnej mody na blogowe opowiastki. To również – a może wręcz przede wszystkim to – jest ważne w twórczości literackiej: żeby pisać o tym, o czym pisać się chce, a nie o tym, czego oczekują inni.
W ten sposób, zdobywszy 36 punktów, otrzymujesz ode mnie Okropny. Dalej nie brzmi optymistycznie, ale mam nadzieję, że spojrzysz na tę ocenę nie jak na ostrą krytykę Twojej twórczości, ale jak na informację, że dużo jeszcze przed Tobą pracy nad warsztatem pisarskim – bo to z tego powodu poległaś. Zarówno Twoja poprawność językowa, jak i umiejętność kreowania bohaterów, świata przedstawionego, dialogów, opisów i wreszcie fabuły, pozostawiają wiele do życzenia. Zdecydowanie jednak nie jesteś przypadkiem beznadziejnym. Przeciwnie, próba stworzenia od podstaw własnej historii i wykorzystanie w niej oryginalnych koncepcji pokazują, że podczas pisania myślisz – a to najważniejsze. Jeśli jednak chcesz nie tylko pisać, ale pisać dobrze, musisz opanować techniczną stronę tego rzemiosła.

~~~

Nie jestem pewna, czy mogę o to prosić, ale chciałabym, żeby do zakończenia stażu nikt do mojej osobistej kolejki się nie zgłaszał - chcę po prostu uniknąć sytuacji, jaka teraz wywiązała się w związku z zaginięciem Halszki. W wolnej kolejce jest sporo blogów i to z nich chciałabym wybierać delikwentów do moich stażowych ocen. 

17 komentarzy:

  1. Zablokujemy Ci kolejkę, bo to faktycznie z naszej strony było głupie, że pozwoliłyśmy zgłaszać się di Halszkiej. Smuteczek, ale ja nic nie poradzę, że tak wierzę we wszystkich ludzi potrafiących postawić przecinek xD W Ciebie też, nawet po tym entuzjastycznym malu jeszcze bardziej, więc mam nadzieję, że nam nie uciekniesz xD A tak ogółem, to oficjalnie witam na stażu :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Również bardzo serdecznie witam Cię w naszym gronie. I mam nadzieję, że nie uciekniesz od nas jak poprzednia stażystka. Przecież nie jesteśmy wcale takie złe, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście, że nie jesteście złe. Nazywacie mnie Grafciem - jesteście urocze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długi nick, a Grafcio ładnie brzmi XD

      Usuń
  4. Przyznam, że niezwykle udany debiut - ocena ciekawa i dobrze napisana. Sądzę, że oceniająca bardzo dobrze się zapowiada :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przyznam szczerze, że z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu przeczytałam całość oceny, chociaż dzisiaj mam dość napięty grafik. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Gdybym była Autorką ocenianego opowiadania myślę, że nie miałabym powodu poczuć się w żadnym stopniu urażona, ponieważ ocena jest bardzo konstruktywna, przemyślana i nietuzinkowo napisana. "Grafcio" (mam nadzieję, że się nie obrazisz; masz faktycznie długi nick - chociaż uważam trafny) faktycznie wydaje się być stworzona do fachu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tam się nie wydaje, żeby Grafcio była faktycznie grafomanem :D Co do kolejki - cóż, ustaliłyśmy, że najpierw oceni te stażowe, a już i tak ma jeden więcej. Dlatego polecam poczekać do momentu, w którym oficjalnie ogłosimy, że mamy kolejną pełnoprawną oceniającą :D

      Usuń
    2. Emilyanne, zdecydowanie jestem grafomanem czystej wody - po prostu maskuję się doskonale ;)

      Usuń
  6. Bardzo spodobała mi się ocena tego bloga. Jest wyczerpująca, rady też są.
    Życzę powodzenia w dalszych ocenach i przejścia stażu ;)!

    OdpowiedzUsuń
  7. Aj zapomniałam zapytać: czy jeśli kolejka do Ciebie, Gryfciu (wybacz, nie mogę się powstrzymać) jest zablokowana, to nadal jest opcja, że przyjmiesz kogoś z wolnej kolejki? Bardzo proszę o odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co nie przyjmuję nikogo więcej - w stażowej kolejce i tak mam już cztery blogi, w tym jeden zgłoszony w listopadzie. Kiedy się z tym wszystkim uporam i jeśli pomyślnie zaliczę staż, oczywiście zacznę przyjmować zgłoszenia i przeniesienia z wolnej kolejki.

      Usuń
  8. Grafciu, już uwielbiam Twój sposób oceniania! Gratuluję niesamowicie fajnie napisanej oceny... Coś czuję, że się dogadamy, bo aż mi na twarzy wykwitł złośliwy uśmieszek, jak czytałam niektóre Twoje cyniczne uwagi XD Bardzo mi się podoba taki styl... Czekam na kolejny popis Twojego talentu XD
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. " Poprawny zapis wyglądałby tak:
    -Jane, czy będą bardzo cierpiały?
    To pytanie zbiło mnie z tropu. Nie wiedzieliśmy, gdzie są, i co z nimi zrobią.
    -Myślę, że nie – odparłam.
    Evan spojrzał na mnie i zauważyłam, że płakał.
    Podeszłam i […]"

    I tak jest źle, bo dialog powinien być zapisany od myślnika, a po myślniku powinna stać twarda spacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na kwestię myślników w dialogu zwracam uwagę kilka akapitów później, ale faktycznie, nie dopilnowałam tego w moich poprawkach. Dziękuję za zwrócenie mi uwagi, zaraz się tym zajmę.

      Usuń

Obserwatorzy